Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Chwile.djvu/106

Ta strona została uwierzytelniona.

która w wianku dębowym zrywa sasanki, aby małemu bratu tłómaczyć tajemnice ich powstawania i wzrostu, a potem, spływając na siwe włosy dziadunia, jak skrzydło anioła odwiewa gorycze i nudy starości... Ta ręka biała, to płatek narcyza, którego pragną spieczone usta wędrowca dróg piaszczystych. Ma ona w swej mocy uściśnienie ciepłe i taki magnes, który idzie od serca do serca...
W tej chwili ona przerwała mu mowę. Jak człowiek, który pragnie słońca, lecz przed wybuchem jego drżące powieki przymyka, tak serce jej drżało przed wzmagającymi się w moc i czułość akordami jego mowy.
— A czego pan nie lubi? Mówił pan, że nie może powiedzieć, tak jak ja: lubię wszystko! Niech mię pan nauczy, co to jest takiego na świecie, czego lubić nie można? Czego pan nie lubi?
— Czego nienawidzę?
— Nienawidzi pan! — wykrzyknęła.
A on, jakby na przekór jej kończyć chciał swoją litanię miłości, zcicha rzekł:
— Kocham oczy, w których samo słowo nienawiść krzesze iskrę przerażenia... Są to oczy, które nie widziały jeszcze grzechów i mąk świata... Ja, pani, mam w sobie nienawiści wiele... Otwieram drugie okno mego domu. Niech pani patrzy! Nienawidzę smoków, które, czołgając się