Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Chwile.djvu/280

Ta strona została uwierzytelniona.

— A pan z tak wysoka... ja zaś ze stada ptaków, których śpiewu wszyscy słuchają chętnie, lecz z którymi w parze nikt długo lecieć nie chce, może dlatego, że lot ich zbyt górny...
— Milczałem, myśląc: nie jestem godny! W pokorze mojej była duma.
— A ja myślałam: nie jestem kochaną! Milczałam. Czekałam słowa...
— I nigdy, nigdy, w tych długich, drogich niezapomnianych rozmowach naszych nie zaplątało się ono na ustach pani, ani moich...
— I nigdy w tych długich, cudnych, najdroższych godzinach, któreśmy z sobą spędzili, nie było minuty, w którejby »serce do serca mówiło!«
— Dlatego więc wyjechałaś... zniknęłaś?...
— O, nie! Moim jest wyraz: zniknął! Ja to od obudzenia się do zaśnięcia, od tylu już dni mówię sobie: »zniknął!« Kiedy pan pojechał do rodzinnych stron swoich i tak nieskończenie długo nie powracał... cóż dziwnego? najdroższy brylant tego wysokiego gniazda!... wieść przyleciała, że w pierścień życia pana oprawioną ma być perła...
— Uwierzyła pani?
— Uwierzyłam. Nie jest-że to prawdą?
— Prawdą jest, że przyszła chwila zwątpienia i męki serdecznej, w której powiedziałem sobie: dosyć tego! Targnę z całej siły nicią, co-