Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Dziurdziowie.djvu/165

Ta strona została uwierzytelniona.

już kilka razy wpadała do Piotrowéj chaty i, popatrzywszy chwilę na chorego, wybiegła z niéj, aby po kwadransie lub godzinie powrócić znowu. Z ruchliwéj i ognistéj jéj twarzy poznać-by można, że czuła się czémś mocno zdziwioną i zakłopotaną. Spodziewała się wcale czego innego niż to, co się stało. Za wrotami Piotrowéj chaty stawała i, z palcem do ust przyłożonym, dumała głęboko. Potém biegła do domu, aby strawę gotować i lnu choć trochę nadrzéć, była to bowiem pora tarcia lnu, a Rozalka za lnem przepadała i pomimo wszystko, zupełnie o nim zapomniéć nie mogła. Przytém, Stepan, który żyto młócił, parę razy już przez drzwi stodoły na nią zawołał, aby z chaty nie odchodziła, bo zaraz pójdzie za nim na pole kartofle zbierać. Była więc dnia tego na wszystkie strony rozrywaną. Tu len trzéć chciała, tam mąż ją wołał, owdzie znowu, w chacie Piotra, ważną sprawę załatwić musiała. Ze wszystkiego jednak, co na świecie istniało, ta sprawa najbardziéj na sercu jéj ciężyła, więc raz jeszcze wpadła do chaty Piotra i, usłyszawszy dowodzenia Paraski o przyczynach choroby Klemensa, zawołała:
— Ale nie od łąki, i nie od deszczu, i nie od zgniłéj kopicy ta choroba na niego przyszła! Nie Bozka w tém wola, ale czyja inna.
A gdy wszystkie prawie obecne kobiety, nie wyłączając Budrakowéj, która już z hładyszem