Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Meir Ezofowicz.djvu/151

Ta strona została przepisana.

uliczki, która, dotykając szkolnego podwórza, wiodła ku polom. Pragnął snadź wyjść z miasteczka i pójść na ten szeroki, widny rozłóg, który jaśniał ostatniemi blaskami dnia i szemrał zdala lecącemi nad nim świeżemi powiewy. U końca jednak podwórza przystanął. O uszy jego obił się gwar dziwny, złożony z mnóstwa głosów dziecinnych, to zniżających się do szeptu prawie, to podnoszących się do wrzaskliwego i śpiewnego zawodzenia. W głośnym tym i kołyszącym się szmerze dziecinnych głosów ozywały się tu i ówdzie piskliwe jęki i westchnienia zmęczonych jakby i udręczonych piersi, a nad niemi panował głos męzki, gruby, to opowiadający niby cóś, lub czytający, to łający i rozgniewany.
Po ustach Meira przewinął się uśmiech szczególny. W uśmiechu tym były: ból, gniew i litość. Stał on tuż obok hederu, w którym nauczał mełamed, Reb Mosze, i w którym właśnie kipiał i wrzał ów gwar niezrozumiały, chaotyczny, a posiadający w sobie coś dziwnie smutnego i grubiańskiego zarazem.
Przekorném jakby uczuciem pociągany ku hederowi, Meir wsparł się obu łokciami o nizkie otwarte okienko i patrzał przez nie we wnętrze budynku. Wnętrze to ciasne było, ciemne, cuchnące i natłoczone. Pomiędzy nizkim czarnym sufitem, czterema ciasnemi, czarnemi również, ścianami i podłogą, ukrytą całkiem od grubą warstwą śmieci i brudu, w wilgotném, stęchłém, ciężkiém powietrzu kołysała się i wrzała chóralném, zapalczywém mruczeniem szara masa jakaś, któréj istoty i składowych części niepodobna było rozróżnić przy pierwszém wejrzeniu. Po chwili zaledwie, przed wzrokiem patrzącego, niby z mgły czy kurzawy, wyłaniać się zaczynały twarze i postacie dziecinne. Twarze to były różne: jedne grube, ciemne, chorobliwie nabrzmiałe; inne białe, drobne, delikatne i prześlicznie zarysowane; jedne z ustami wpółidyotycznie roztwartemi i mętnym, sennym wzrokiem; inne z oczyma błyszczącemi hamowanym gniewem i z wargami drgającemi od nerwowego zniecierpliwienia; inne jeszcze blade, uważne, pokorne, cierpiące, lecz cierpliwe. Podobnież i ubiory dzieci tych były różne — od dostatnich surducików, znamionujących dzieci bogaczy, do spencerków, pozbawionych rękawów, i szarych, łachmaniastych kapot nędzarzy. Było ich kilkadziesiąt w izdebce, mogącéj pomieścić wygodnie kilkanaście zaledwie, a wszystkie tłoczyły się, i jedne na drugich niemal siedziały, na ławach zbyt wązkich i wysokich, twardych, brudnych, wszérz izby ustawionych.
Hederów podobnych było w Szybowie niemało, ale żaden z nich tak licznie uczęszczanym nie był, jak ten, któremu przywodził Reb Mosze. Bogacze i nędzarze z równą gorliwością starali się o miejsce w nim dla dzieci swoich, albowiem Reb Mosze był mełamedem nad mełamedami, ulubionym uczniem wielkiego rabbina, a przytém kabalistą biegłym i ascetą, prawdziwym Chachamem, doskonałym pobożnym.
Nie należy jednak mniemać, aby Reb Mosze poniżał się aż do nauczania pierwszych stopni wielkiéj nauki najdrobniejsze dzieci gminy. Byłoby to marnowaniem wysokich jego zdolności, które ku czemuś wyższemu już używanemi być musiały. Wyrostki, przepełniające heder jego, miały od 10 do 12-stu lat