Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/098

Ta strona została skorygowana.


żek czystą bardzo pościelą usłanych, na sporym kominie palił się ogień i kipiała w garnku gotująca się strawa, a pod oknem na stole, znajdowały się różne kuchenne przybory.
— Cóż? doprawdy? jesteś znowu w Warszawie? wołał pan Wandalin, pomimo oporu przybyłego, pomagając zdejmować mu palto. Ot tu połóż palto, tu, na łóżku Adelci! z krzesła mogłoby spaść i powalać się około tych kuchennych rupieci... na wieszadła nie zdobyliśmy się jeszcze... no, chodź, chodź do salonu, kochany gościu!
Wyrażenie: salon, brać tym razem należało w znaczeniu czystej metafory; odnosiło się ono bowiem do miejsca, które zaledwie na miano porządnej izby zasługiwało, a i to dla tego tylko porządnej, że panowała w niej czystość wzorowa, obok, przyznać należy, zarówno wzorowego ubóstwa ścian i sprzętów. Istniało jednak w ciasnym i biednym pokoiku tym, kilka przedmiotów, widocznie z salonu tu przeniesionych: album jakieś w kosztownej, malachitowej oprawie, na stole leżące i osobliwie nader wyglądające przy wielce taniej i pospolitej serwecie siatkowej; złoty naparstek kobiecy, rzucony niedbale obok pokrojonego płótna, z którego ktoś tu własnoręcznie