Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/124

Ta strona została skorygowana.


Pan Wandalin z wielką uwagą zdawał się słuchać tych słów Pawełka, potem rzekł dobrodusznie:
— No to chwała Bogu, chwała Bogu że oni tak mocno sobie stoją... myślałem że przy teraźniejszych ciężkich czasach, zachwieli się także trochę... ale kiedy nie, to i chwała Bogu... jedynać to nadzieja kraju na tych, którzy się jeszcze nie zachwiali... tylko że ja nie o tem właściwie mówić z tobą chciałem Pawełku... Oto powiedz mi, jak ty tam stoisz u hrabiów? czem tam właściwie jesteś? jaką czynność u nich pełnisz?
Przelotny płomień rumieńca prześliznął się po czole Pawełka, ale usta jego ułożyły się do żartobliwego uśmiechu.
— Dość trudne zadałeś mi pan pytanie, rzekł nie podnosząc oczu na p. Wandalina i czegoś niby upatrując na podłodze. Jak stoję u hrabiów? ot tak sobie nijako. Ani mię lubią ani nielubią Było tak zawsze i jest teraz. Czem jestem u nich? Ba! to cała litania. Na pozór zdaje się że niczem, w gruncie zaś wszystkiem co pan chcesz: lektorem hr. Światosława, łowczym hr. Augusta, niańką hr. Cezarego, zabawką hr. Mścisława, pieskiem pokojowym hr. Wiktoryi, komiwojażerem i komissyonierem całej publiczności.