Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/177

Ta strona została uwierzytelniona.


Tu urwał znowu.
— Nie! wyrzekł, nie mogę, nie mam prawa mówić więcej... bądź zdrowa...
Ścisnął drobną rączkę w dłoni swej silnie i długo i rzucił się ku swej dorożce.
Zamyślony bardzo przyjechał na dworzec kolei, ze szczególnem roztargnieniem załatwił zwykłe, przedodjazdowe sprawy i z pochyloną twarzą, ze wzrokiem utkwionym w ziemię, wsiadł do wagonu 2-ej klasy, gdy nagle odezwało się tuż przy nim gniewne, przeciągłe syknięcie. Wyszło ono z ust niemłodego już, bardzo porządnie wyglądającego jegomości, któremu wsiadając do wagonu i w zamyśleniu swem nic i nikogo nie widząc, Pawełek był na nogę nastąpił. Jegomość z pulchnemi policzkami i zawiesistym wąsem, posiadać musiał honor zarównie jak kończyny ciała, drażliwy na potrącenie wszelkie, rozgniewany bowiem do najwyższego stopnia, potrząsając zgniecioną nogą i zważając przedewszystkiem na to, że po zgnieceniu bardzo bolesnem, nie nastąpiło ze strony gniotącego przeproszenie żadne, zwrócił się do Pawełka i z miną taką jakby żądać miał od niego honorowej satysfakcyi, zapytał:
— Za pozwoleniem, jak godność pańska?