Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/364

Ta strona została skorygowana.


— A czy panna wiesz jak dawno ludzie ci żyją już z sobą... w tym pokoiku... O! dawno, dawno! dawno! on przyprowadził ją tu kiedy był młodym i ona była jeszcze młodą... i płynęły potem dnie... płynęły... płynęły... razem... teraz śmierć do nich biegnie... ale niech panna przypatrzy się tylko jak oni śmieją się sobie ze śmierci... cóż ona im zrobi? nie odbierze im już tego co było... co było... co było...
Mowa jenerałowej coraz cichsza, skończyła się w szepcie zaledwie dosłyszalnym. Oczy jej były szeroko otwarte i miały znowu barwę prawie tak szafirową jak niegdyś, brwi podniesione nadawały twarzy całej wyraz zdumienia i głębokiej, przepaścistej zda się zadumy. Leokadya nie odrywała też oczu od obrazu i zdawała się zapadać stopniowo w coraz rzewniejsze, miększe zamyślenie.
Jenerałowa przeniosła wzrok swój na inny obrazek.
— Niech panna teraz tam spojrzy... na prawo... w srebrnych ramkach ta dziewczyna chodząca po łące... widzisz panna jak tam słońce pięknie świeci.... jasno! jasno! tam dalej gaj szumi.... dziewczyna trzyma kwiaty w ręku i na gaj patrzy...