Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/379

Ta strona została skorygowana.


piało na tem i pożycie nasze domowe, inaczej być nie mogło. Jego przywiązanie dla mnie stygło coraz bardziej z latami, ja także uniosłam się może nieraz zbytecznie i zawiniłam przeciw niemu przykrem jakiem słowem lub gwałtowną sceną, a wszystko to razem, przyznaj sama dziecko moje, nie stanowiło bynajmniej jasnej i wesołej doli, nie stanowiło szczęścia.
Wymawiając ostatnie słowa, p. Żulietta miała łzy w oczach. Chyliła głowę córki swej do swych piersi, jakby chciała ukryć przed nią ogarniające ją boleśne wzruszenie. Delicya obu ramionami objęła kibić matki.
— Biedna, biedna mamo! szepnęła. Wiem ja o tem wszystkiem, widziałam nieraz sama... słyszałam... pamiętam... Ależ, biedny ojciec pewno myślał, że to co czynił było dobrem...
— Z pewnością, potwierdziła p. Żulietta, mniemam nawet że myśląc tak nie mylił się wcale... Być może, iż gdyby nie ta jego przezorność, nie te jego surowe przyzwyczajenia i upodobania, bylibyśmy teraz zrujnowanymi majątkowo, jak tylu innych sąsiadów naszych... Oddaję ojcu twemu wszelką sprawiedliwość... przyznaję nawet że ze względu na majątkowe położenie nasze, w spo-