Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/444

Ta strona została skorygowana.


Im dłużej mówił tem więcej ożywiał się i zapalał.
— Mścisław to co innego, ciągnął dalej po chwilowem milczeniu, jego wszyscy kochają i admirują, to niechże go sobie i żenią dla jakich tam familijnych interesów, czy czego innego... ale mnie nikt nigdy nie lubił! Pocóż teraz tak bardzo dbają o mnie i o moje ożenienie się! Ja zawsze, zawsze myślałem sobie, że jeżeli ożenię się kiedy, to nie będę z pewnością o czem innem myślał, jak tylko o tem, żebym kochał moją żonę i był przez nią kochanym! Teraz... pokochałem — pokochałem z całego serca... jestem pewny że ona mię także kocha i nie myślę za nic w świecie, dla nikogo w świecie, nawet dla mamy, wyrzekać się mego szczęścia... Ożenię się... ożenię się z pewnością z tą którą kocham, żeby tam nie wiem co mówili i jakie góry na mnie walili... Niechże i ja choć raz mam rodzinę i będę czemś innem jak dzieckiem, którego wodzą na pasku, aby nie upadło i nosa sobie nie rozbiło... Niechże mi przynajmniej żona moja i jej rodzina mówią, nie: „mon pauvre“, ale: „mon cher Cesar“.
Gdy mówił to, głos mu drżał żalem głębokim, gniewną jakby urazą, co więcej, bolącem jakby