Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/528

Ta strona została skorygowana.


wajcie, albo raczej domalujcie sobie czytelnicy! Do saloniku w którym Delicya lekko na fortepianie przygrywała, weszła p. Żulieta. I ona także miała na sobie suknią tylko co od Thonesa sprowadzoną, suknią w której gdyby ujrzała ją hr. Wiktorya, oczom swoim wierzyćby pewno nie chciała, aby ta jakaś Kwi... Kli... Kni... parafijanka słowem i parweniuszka, wyglądać mogła tak wspaniale i dystyngowanie i ubierać się z tak arystokratycznym prawdziwie smakiem. W rogu saloniku, siedział młody Henryk Kniks i ze znudzonym wyrazem twarzy, przerzucał brukowe jakieś pisemko.
Pani Żulieta zbliżyła się do córki i wsparta o fortepian, przypatrywała się chwilę jej ubraniu.
— Wybornie leży na tobie suknia ta, rzekła, co to znaczy ubierać się w Warszawie! Przypatrując się dziś tobie Delciu, myślę, że sam Pan Bóg nie pozwoliłby chyba na to, abyś tak jak ja więdnąć i ukrywać się miała całe życie w tym naszym wiejskim grobie!
Delicya uśmiechnęła się.
— Wie mamcia, odrzekła, że dawniej wydawało mi się to rzeczą smutną wprawdzie, ale prawdopodobną... teraz jednak, od czasu tych pro-