Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/566

Ta strona została skorygowana.


Po kwadransie, zgrabne tilbury hr. Wilhelma ciągnięte jednym, ale olbrzymiej wielkości i ogromnej ceny koniem, z turkotem i łoskotem wyjeżdżało z pałacowej bramy na ładną ulicę. Wilhelm siedząc obok wygalonowanego stangreta w białych swych miękkich dłoniach trzymał jedwabne lice, za nim, z kawalerską niedbałością rozpierał się w powoziku hr. August, a obok hr. Augusta, sterczała cienka i jak pręt żelazny, sztywna postać Mścisława, z gardłem owiązanem ciepłym szalem, z bladą, wpół nadąsaną, wpół usypiającą twarzą.
O czem hr. August w czasie krótkiej wizyty swej u bratowej rozmawiał z hrabiną? niewiadomo. To pewna przecież, że po opuszczeniu apartamentu jej, miał on na twarzy wyraz ogromnego zadowolenia z siebie, a uśmiechając się filuternie i, jak jemu samemu zdawało się zapewne, niezmiernie przebiegle, pokręcał czarnego wąsa, motając nań, jak to mówią, pomysły jakieś, czy nadzieje. Hrabina zaś po rozstaniu się ze szwagrem, przebiegała długo największy ze swych salonów krokiem szybkim i niespokojnym, z palcem przyłożonym do ust, które uśmiechały się również do myśli jakiejś, błogiej znać, lecz zarazem i lekką dozą złośliwości przyprawionej. Kiedy