Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/598

Ta strona została skorygowana.


— Panie hrabio! szepnęła Delicya.
— O! nie nazywaj mię tak... nie jestem dla ciebie hrabią ani panem... dla czegóż wyrywasz się i chcesz uciekać? miłość jest piękną rzeczą, Delicyo... i szczęście jest wielką rzeczą... nie trzeba uciekać... powiedz... kochasz mię?..
— Kocham! szepnęła Delicya bardzo cicho, ale szept ten dosłyszał Wilhelm i zdjął go ze zbladłych i drżących ust jej długim, gorącym pocałunkiem.
Pocałunek to był bardzo cichy, a jednak obudził echo. Echem tem był głuchy, przeciągły jęk który ozwał się w drzwiach salonu.
Zatopiona w sobie, upojona sobą para, nie spostrzegła jak od strony drzwi, ku którym zwracała się profilem, od kilku chwil już padał na nią podługowaty cień nieruchomo stojącej we drzwiach osoby. Spostrzegła go pierwsza Delicya i porwała się z kanapki... Powstał za nią i Wilhelm... spojrzeli oboje ku drzwiom. W drzwiach, z twarzą śmiertelnie bladą, z oczami ponuro utkwionenemi w ziemię — stał Cezary.
Delicya nieruchomą pozostała jak posąg. Wilhelm zbladł trochę, bardzo prędko jednak wzrok jego przebiegł od twarzy brata na marmurowo