Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/627

Ta strona została skorygowana.


lżejszej, chwilowej choćby ulgi. Blade wargi dumnie i gniewnie zacięte, gdy opuszczał pałac stryja, siedlisko całej prawie rodziny swej, układały się teraz znowu w wyraz łagodny acz głęboko smutny, a postać która pod wpływem spotęgowanego do najwyższej miary rozdrażnienia, wyprostowała się była hardo i wyzywająco, przygarbiła się nieco i zdradzała bierną jakąś bezsilność, bezzaradny upadek znękanego ducha.
Ujrzawszy wchodzącego Pawełka, Cezary podniósł się z kanapki i powitał dawnego towarzysza swego uściskiem dłoni milczącym, ale cieplejszym już daleko od tego którym go był w przed dzień pożegnał.
— Odszukałem cię Cezary, zaczął siadając Pawełek, i nie było to zresztą wcale rzeczą trudną. Żaden Pompaliński, prócz mnie, utonąć nie może w Warszawie bez wieści, a o schronieniu twojem wiem już nie tylko ja, ale wiedzą wszyscy w pałacu.
— Nic dziwnego, zniżonym, obojętnym głosem odrzekł Cezary, nie pomyślałem nawet o tem, aby czynić tajemnicę z tego gdzie jestem. Chciałem tylko być samotnym, zupełnie samotnym i dla tego tu zamieszkałem.