Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/629

Ta strona została skorygowana.


— Nie gniewaj się Cezary, rzekł, ale muszę ci powiedzieć, że wnosząc z usposobienia, w jakiem opuszczałeś pałac, spodziewałem się znaleźć cię innym, wcale innym.... Mniemałem że zdobędziesz się na męztwo, silną wolę i samodzielną odwagę.
Cezary spojrzał na towarzysza wzrokiem zdziwionym trochę, trochę szyderskim.
— Zkądżeby wszystkie przymioty te wziąść się mogły Pawełku? zapytał zwolna.
Powstał i w głębokim jakby namyśle zatopiony, chodził dość długo i bardzo powoli po pokoju. Nagle upadł raczej niż usiadł na kanapę, oparł łokcie o stół i twarz ukrywając w dłoniach, zawołał z dziecięcym prawie, skarżącym się żalem:
— O mój Pawełku! ty nie pojmujesz! ty nie wyobrażasz nawet sobie, jak jestem nieszczęśliwy! Nie wiem co pocznę! nie wiem gdzie się obrócę, świat dla mnie to wielka pustynia, w której na każdym kroku spotykałem tylko obojętność dla siebie, lub gorzej... gorzej jeszcze... fałsz, kłamstwo! Być może iż jestem już takim, że przez nikogo kochanym i na cokolwiek komu potrzebnym być nie mogę! lecz w takim razie, pocóż żyję?