Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Pompalińscy.djvu/699

Ta strona została skorygowana.


Leokadya wypowiedziała to wszystko z zupełną prostotą, tonem zbytecznie nawet może chłodnym i powszednim. Spełniała obowiązek włożony na nią przez umierającą kobietę i nic więcej. Ani twarz jej, ani dźwięk głosu, nie dodały doń komentarza najlżejszego. A jednak przy słowach jej, tak nieruchoma zwykle, tak lodowato na wszystko obojętna twarz starego pana zmieniła się bardzo. Przezroczyste źrenice jego, nieruchomo dotąd w twarz mówiącej utkwione, zmąciły się i ukryły za powoli i z ciężkością jakby spuszczającemi się powiekami. Liczne na czole jego a głębokie bruzdy, głębszemi stały się i liczniejszemi. Milczał i z nieprzepartą zda się zadumą patrzał w ziemię. Po bardzo krótkiej jednak chwili, nie podnosząc oczu, zapytał:
— Czy słowa które raczyłaś mi pani powtórzyć, były ostatniemi słowami pani jenerałowej?
Wymówił to powoli, głosem miększym trochę i trochę cieplejszym niż był zwykły głos jego.
— Tak, panie hrabio, w minutę po daniu mi zlecenia, z którem tu przybyłam, pani jenerałowa już nie żyła. Była to ostatnia myśl i były to ostatnie słowa jej życia.