Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/034

Ta strona została skorygowana.

zapanowały wszędzie sen i spoczynek. Ale w kaplicy, której ciemne ściany, w skąpem świetle płonącej przed ołtarzem lampy, mętnie i ze stron wszystkich błyskały okrywającemi je złoceniami, przed ołtarzem, na którego ciemnych kolumnach i ramach, wśród ponsowych aksamitów i atłasów, pobożne wota rozwiesiły mnóstwo różnej wielkości złotych i srebrnych serc, siostra Mechtylda leżała na marmurowej posadzce, z grubym powrozem dokoła szyi po kilkakroć owinętym, z czołem o zimny marmur opartem i rozpiętemi w znak krzyża rękami. Powoli, jedna za drugą wlokły się nocne godziny; gwałtowny wiatr marcowy z przeciągłemi szumami uderzał o ściany kaplicy i ostremi prądami, wnikał do niej przez szczeliny wysokich okien; chłód podłogi przejmował leżącą, nieznośne kurcze zdejmowały rozciągnięte jej członki: ona jednak, w tej męczącej postawie nieruchomą zostawała, w śmiertelnej trwodze i walce błagając Pana, aby skrócił zesłaną na nią próbę i oddalił od niej te dźwięki i te widzenia, które, z ust i twarzy rozpłakanego dziecka wyłonione, nieustannie, nieprzeparcie otwierały na dnie jej duszy, oddawna tam zamknięte i obrzydzone groby ziemskich wspomnień...