Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Wspomnienia.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.

Podole! I jakże niepodobnemi z sobą bywają różne momenty życia. Przyszedł moment taki, nie w wieczór ale już w pewien ranek wiosenny, gdy z przeraźliwym blaskiem i dławiącym dymem pożogi, wzbił się ku niebu z kruszących się ścian mego miasta, „krzyk trwogi i rozpaczy wielu tysięcy ludzi“.
Chata moja stała w ogrodach, daleko od pierwotnego źródła pożaru; przez czas jakiś, można było mniemać, że żywioł niszczący dosięgnąć jej nie zdoła. Ale już o południu, przyjaciele i życzliwi, przybiegli z wołaniem: „idzie tu! już idzie! i przyjdzie niezawodnie, ratuj co możesz!“ Tak, szedł istotnie i niezawodnie przybyć musiał. Zielony mój dziedziniec już był szarym od dymu, w którym wiły się i przelatywały złote roje iskier; stare, wysokie klony moje, wicher rwał w różne kierunki; z za kilku sąsiednich domów, widać było chwiejącą się w powietrzu, szeroką, ognistą chorągiew... Ratować! Obejrzałam się dokoła. Chata niezbyt mała, a tak różnych różności pełna, że w żadnym kącie jużby chyba jednego gracika, na żadnym stole i w żadnej szafie żadnej książki zmieścić nie można. Wozów i koni, dnia tego, za żadną cenę dostarczyć sobie niepodobna. Iluż trzeba ludzkich grzbietów, aby na sobie dźwignęły to wszystko, książki szczególniej; mnóstwo książek bardzo ciężkich a jak drogich, ten tylko wie, kto smutne swe serce orzeźwiał kiedy w pracy umysłu, kto umie kochać to, czego na cielesne swe oczy nie widzi i tych, których nie zna, a przecież, tak zblizka, tak serdecznie zna... Najlepszy z przyjaciół moich