Strona:PL Eugène Demolder - Mała służąca.djvu/20

Ta strona została uwierzytelniona.


Najpierw odkręca się kran u góry, potem dolny. Przytykasz zapałkę...
Syk przeciągły, głośny — i wzdłuż rury tryskają złote wężyki ogników. Dziewczynka cofa się mimowolnym ruchem. Czy to aby nie wybuchnie? Ale uspokaja się prędko, płomień drga z jednostajnym szumem, woda w imbryku wre, bulgoce, śpiewa.
— A co się robi, jak zbraknie gazu w ty ruze? — odzywa się niespokojnie. — Skąd się wtedy weźmie?
— To dopiero głuptas! — śmieją się dzieci stojące dotąd cichutko u proga.
Nie. Andzia wcale nie była głuptasem. W tydzień zgłębiła trudne tajemnice, w tydzień nauczyła się obchodzić z nowem gospodarstwem. Zrozumiała także, że pani jest surowa i lubi gniewać się o wszystko, że pan poczciwy i dobry, panicz dokuczliwy. Zuzia, »biała panienka«, udaje nieprzystępną, ale w gruncie rzeczy serdeczne, miłe dziecko. Czasem pomaga nawet Andzi w pracy, ustawia rondle pomyte na półce, porządkuje w kredensie, zbiera chleb, owoce, ciastka i często odłoży dla Andzi cukierek, zawsze pamięta, żeby schować dla niej jaką łakotkę.
Aż raz, w pewien ciepły i pogodny ranek, pani uściskała dzieci, pochwaliła Andzię za to, że smacznie przyrządziła pieczone kurczęta, i oznajmiła, iż w nagrodę poprowadzi je do ogrodu. Bliziutko, przez most tylko.
Uradowana dziewczynka zarzuciła z pośpiechem odświętną sukienkę, przypasała czarny, jed-