Strona:PL Eugène Demolder - Mała służąca.djvu/23

Ta strona została uwierzytelniona.


Niezapomniany, dobry dzień dla Andzi. Cóż kiedy daleko od swoich. Czy nigdy, nigdy nie może być zupełnie jasno.


∗             ∗

Aż razu pewnego zjawiło się u państwa różowe dzieciątko.
Andzi malec wydaje się prześliczny, z tłuściutką buzią i gołą, okrąglutką, niby kula, główką. Nazwano go Filipem, bo tak sobie życzy przyszły ojciec chrzestny, wuj samej pani.
Andzia czuwa nad Fipciem, niby mała, troskliwa mateczka. Myje go, rozbiera, pozwala się przeciągać na dużym, płóciennym fartuchu, który jej podarowała pani. Malec całemi godzinami śpi na kolanach cierpliwej opiekunki, Andzia pilnuje, żeby smoczek był czysty, mleko zawsze jednakowo ciepłe, w miarę rozcieńczone gotowaną wodą, — tyle ma teraz roboty! A dzieciątko rośnie jak na drożdżach.
Po kilku dniach postanowiono, że gabinet ojca będzie chwilowo dziecięcym pokojem. I zaraz tam przeniesiono bieluchną kołyskę, strojną w błękitne kokardy i węzły, które wydają przeciągły, chropowaty szelest, ilekroć niania pochyla się nad śpiącem dzieckiem. Jej łóżko stoi tutaj także. Wyjrzało z ciemnej alkowy do jasnego, wyklejonego złotem obiciem pokoju i tuli się do muru, ubogie, ale czyste, w najciaśniejszym kącie. Ściany gabinetu zdobią obrazy, przytwierdzone na