Strona:PL Feval - Garbus.djvu/195

Ta strona została przepisana.

— Nie, — odparł Gonzaga.
— Wdzięk?
— Nie; ty masz uśmiech i wdzięk, dono Kruz, rzecz, o której mówię...
— Ja nie mam. Więc co to jest?
A gdy Gonzaga opóźniał się z odpowiedzią, dodała niecierpliwie:
— Czy dacie mi tę rzecz, książę?
— Dam ci ją, dono Kruz.
— Ale cóż to takiego, czego nie mam? — zapytała kokietka, rzucając równocześnie tryumfujące spojrzenie na lustro.
Ale lustro nie mogło zastąpić odpowiedzi księcia.
Gonzaga odrzekł.
— Nazwisko!
I oto dona Kruz strącona jest ze szczytu radości. Nazwisko! Ona nie ma nazwiska! Palais-Royal to nie Plaza Santa za Alkazarem. Nie będzie tam tańczyła z tamburynem, opasana na biodrach paskiem z fałszywych cekinów. O biedna, dona Kruz! Gonzaga obiecywał jej wprawdzie, ale obietnice Gonzagi... Zresztą czyż można stworzyć nazwisko? Książe uprzedził to pytanie.
— Gdybyś nie miała nazwiska, drogie dziecko — rzekł — nawet moje dla ciebie uczucie byłoby bezsilne, ale nazwisko twoje tylko zaginęło, ja je odnalazłem. Masz świetne nazwisko między najświetniejszemu we Francyi.
— Co mówicie, panie? — zawołała olśniona dziewczyna.
— Masz rodzinę — mówił dalej Gonzaga, uroczystym głosem, — rodzinę potężną: spowi-