Strona:PL Feval - Garbus.djvu/326

Ta strona została przepisana.

oczy — pójdę z radośeię. Lubię Madryt bo ty w nim mieszkasz.
Pocałował mnie w rękę.
— Ale — zaczął z zakłopotaniem — ten młodzieniec?....
Położyłam mu ze śmiechem rękę na ustach.
— Przebaczam ci — rzekłam — ale nie mów już o tem ani słowa i jeżeli chcesz jedźmy.
Widziałam że w oczach błysnęły mu łzy. Uczynił nad sobą wysiłek, aby nie wyciągnąć do mnie ramion. Ale on silny jest przeciwko sobie samemu i nie dał się unieść wzruszeniu. Pocałował mnie w rękę raz jeszcze i rzekł z ojcowską dobrocią:
— Ponieważ nie masz nic przeciwko temu, wyjedziemy dziś wieczorem.
— I to też pewnie dla mnie — zawołałam z prawdziwym gniewem — a nie dla ciebie!
— Dla ciebie, a nie dla mnie — odrzekł i wyszedł a ja załatam się łzami.
Nie kocha mnie i nigdy nie będzie kochał! — powtarzałam sobie z rozpaczą.
A jednak....
Niestety! Człowiek sam siebie oszukuje. On mnie kocha, jak córkę dla mnie, a nie dla siebie.
Naznaczyliśmy wyjazd na dziesiątą wieczorem. Ja z Franciszką miałam jechać w karetce pocztowej. Henryk miał jechać obok naszej karety konno w towarzystwie czterech uzbrojonych ludzi. Był teraz bogaty i mógł sobie na to pozwolić.
Podczas gdy pakowałam rzeczy ogród Ossuna był rzęsiście oświetlony iluminacyą. Ksią-