Strona:PL Feval - Garbus.djvu/409

Ta strona została przepisana.

— Pejrólu — rzekł gruby Oriol, zbliżając się do stołu. — Postawię na twoją cześć pięćdziesiąt luidorów, ale podnieść mankietki.
— Co takiego? — odciął służalec Gonzagi.
— Ja mogę żartować tylko z równymi sobie, mój paniczu.
Chaverny rzucił wzrokiem na gromadę lokajów stojących w dalszej części ogrodu.
— Do licha! — mruknął. — Naprawdę te biedaki tam wyglądają, jak gdyby się nudzili. Biegnij po nich, Taranne, i niech ten poczciwcy pan Pejrol ma z kim choć trochę pożartować.
Ale p. Pejrol nie słyszał już tego. Cała jego uwaga zajęta była w tej chwili wygraną pięćdziesiąciu luidorów od Oriola.
— A same papiery! — utyskiwał stary Barbanchoa — Nic tylko papiery!
— Już nam pensye wypłacają tylko samymi papierami baronie! — I wszystkie inne wypłaty. Cóż bo to znaszą te szpargały?
— Srebro przepadło.
— Złoto także. Czy wiesz panie baronie, co ci powiem? Zbliżamy się do jakiejś katastrofy.
— Drogi przyjacielu — odpowiedział p. Hunodaj, ściskając mocno rękę p. Barbanchoa, — zbliżamy się. Pani baronowa mówi to samo.
Z chaosu i gwaru przy lansknechcie wybił się znowu głos Oriola.
— Czy słyszeliście o nowinie? O wielkiej nowinie?