Strona:PL Feval - Garbus.djvu/426

Ta strona została przepisana.

Zaczął obcierać starannie lornetkę.
— Napewno coś ciekawego — zaczął — coś, coś zupełnie niesłychanego. Ho, ho! — ciągnął dalej głosem pełnym tajemniczości. — Tylko co wyszedłem z miejsca gorącego, bardzo gorącego więc zimno mnie schwyciło. Pozwólcie mi panowie wejść do środka namiotu, bardzo wam będę wdzięczny.
Drżał lekko. Panowie zrobili mu miejsce do przejścia, oczy wszystkich przykute były do garbusa.
A garbus wciskał się do namiotu wśród nieustannych ukłonów. Kiedy zobaczył grupę wielkich panów przy marmurowym stole, potrząsnął głową z zadowoleniem i rzekł:
— O, tak, tak, coś ciekawego. Książę regent zakłopotany, straż podwójna, ale nikt nie wie co takiego. P. de Fresmes nie wie, chociaż jest naczelnikiem policja. A pan, czy wie panie Rohan? A pan, panie Sennerre? A wy panowie — zwrócił się garbus do naszych graczów, którzy mimowoli cofnęli się w tył parę kroków — czy wiecie?
Nikt nie odpowiadał; panowie: Rohan i Senneterre zdjęli maski. Tym sposobem chcieli grzecznie zmusić nieznajomego do ukazania oblicza.
Garbus śmiał się i kłaniał, mówiąc:
— Nic panowie, to na nic, nigdyście mnie nie widzieli.
— Panie baronie — zapytał p. Barbanchoa swego wiernego sąsiada — czy znasz tego oryginała?