Strona:PL Feval - Garbus.djvu/513

Ta strona została przepisana.

dajcie mu przejść. Ten człowiek nie jest godny oddychać tem samem co my powietrzem.
W jednej chwili zdawało się, że Lagarder wstrząśnie jak Samson kolumnami sali i zmiażdży tych Filistynów. Jego piękne męskie oblicze wyrażało gniew tak straszliwy że usuwano mu się z drogi więcej z bojaźni, niż z posłuszeństwa regentowi. Ale po chwili gniew zmienił się w głęboką boleść, a i ta natychmiast ustąpiła miejsca zimnej zaciętości, jaką okazywał od czasu zaaresztowania.
— Przyjmuję wyrok waszej królewskiej wysokości — rzekł, kłaniając się z szacunkiem — i nie będę apelował.
Przed oczami stanął mu obraz spokojnego życia z Aurorą i je miłość. Czyż to nie było warte chwilowej męki? Skierował się ku drzwiom wśród ogólnego milczenia. Regent szepnął tylko do księżnej:
— Nie bój się pani, będziemy go śledzić.
Doszedłszy do środka sali, Lagarder spotkał się z księciem Gonzagą, który tylko co rozstał się z Pejrolem.
— Wasza królewska wysokość — rzekł Gonzaga zwracając się do Filipa Orleańskiego. — zagradzam drogę temu człowiekowi.
Chaverny był nadzwyczajnie podniecony. Zdawało się, że ma ochotę rozszarpać Gonzagę.
— Ach! — sezpnął. — Gdyby Lagarder miał jeszcze szpadę!
Taranne trącił Oriola.
— Chaverny zwaryował — rzekł mu cicho.
— Dlaczego zagradzasz mu drogę? — zapytał regent.