Strona:PL Feval - Garbus.djvu/521

Ta strona została przepisana.

krwi. I oto obaj mają się poddać takiej ciężkiej próbie. Taranne, Albret Choisy, Gironno stali w milczeniu, czekając swojej kolei. Oddali się Gonzadze i nie istnieli bez niego. Cofnąć się już było za późno, wszędzie dosięgłaby ich zemsta tego żelaznego człowieka.
Gdyby z początku ktoś im ukazał przyszłość, mówiąc: “dotąd dojdziecie” — ani jeden z nich nie zrobiłby pierwszego kroku na tej drodze. A po pierwszym kroku, trzeba było zrobić drugi. I nie mieli odwagi się cofnąć. Zresztą napewno byliby się cofnęli przed zbrodnią którąby musieli spełnić własnemi rękami, ale nie mieli dość siły moralnej, aby głośno sprzeciwie się zbrodni spełnionej przez kogoś innego.
Tymczasem Żandry wciąż szukał zabitego.
— Musiało to być chyba trochę dalej — mówił do siebie. Macał dokoła ziemię, czołgając się na kolanach i rękach. Tym sposobem odszedł dokoła budkę stróża, drzwiczki jej były zamknięte. Nareszcie zawołał:
— A! Oto jest!
Oriol i Montobert zbliżyli się z noszami.
— Cóż zrobić! — rzekł Montobert. Zabity.... My mu nic złego już nie zrobimy.
Oriol milczał. Obaj pomogli Żandremu złożyć trupa, leżącego w krzakach, na noszach.
— Patrzcie! On jest jeszcze ciepły — zawołał były kapral. — Ruszajcie!
Oriol i Montobert ruszyli i zbliżyli się do pawilonu. Dopiero wtedy przyjaciele Gonzago dostali pozwolenie na wyjście.
Coś przestraszyło ich po drodze. Gdy przechodzili koło budki Breana, usłyszeli lekki sze-