Strona:PL Feval - Garbus.djvu/558

Ta strona została przepisana.

I zbliżając się, rzekł tonem poufałym:
— Nie jest to chyba konieczne być szlachcicem, aby, naprzykład, usiąść obok pana Oriola przy dzisiejszej kolacyjce.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, z wyjątkiem Oriola i księcia.
— Więc i o tem już wiesz? — zapytał ostatni marszcząc brwi.
— Dwa słowa, usłyszane przypadkowo.. — tłómaczył się garbus pokornie.
— A więc będzie kolacyjka? Dzisiaj? — zawołano dokoła.
— Ach, książę panie — zaczął garbus z płomieniem w oku. — Żebyście wiedzieli jakie ja cierpię męki Tantala. Odgaduję przeczuwam mały domeczek, z ukrytemi drzwiczkami, zacieniony ogródek: rozkoszny buduar, pokryty miękkimi kobiercami. Na ścianach mnóstwo pięknych obrazów: nimfy i amory, motyle i róże. Widzę salonik, cały w złocie, pełny miłości, uśmiechów. Widzę błyszczące światłem kinkiety żyrandole — oślepiają mi oczy....
Zakrył nerwowym ruchem powieki.
— Widzę kwiaty, oddycham ich wonią.... Ale cóż to wszystko wobec rozkosznych, zachwycających ciał niewieścich.... — wino!....
— Ależ on już pijany, przed ucztą! — zawołał Navail.
— To prawda — rzekł garbus którego oczy naprawdę błyszczały ogniem — jestem pijany.
— Jeżeli wasza ekscelencya sobie życzy — szepnął cicho do ucha Gonzadze Oriol — uprzedzę pannę Nivellę.