Strona:PL Feval - Garbus.djvu/615

Ta strona została przepisana.

— Jeżeli jej się spodobasz.. — zaczął Gonzaga, wymijając odpowiedź.
— O, co to — przerwał Chaverny, pijąc — postaram się.
— Tem lepiej! W takim razie oną cię poślubi z własnej woli.
— Jabym się nie zgodził inaczej — rzekł Chaverny.
— Ani ja — odparł Gonzaga z dwuznacznym uśmiechem na ustach. Zaraz po ślubie, wywieziesz żonę w głąb jakiej zapadłej prowincyi i tam będziecie spędziać miodowe miesiące wiecznie, o ile zresztą nie zechcesz wrócić sam po pewnym czasie.
— A jeżeli się ona nie zgodzi? — zapyta! markiz.
— Jeżeli się nie zgodzi, będzie wolną i moje sumienie nic mi wyrzucać nie będzie.
Wymawiając te ostatnie słowa, Gonzaga mimowoli spuścił oczy.
— Mówiłeś, kuzynie — rzekł Chaverny, coś sobie przypominając, — że ona ma tylko jedną szansę. Jeżeli przyjmie moją rękę, będzie żyła; jeżeli odmówi — będzie wolną. Nic nie rozumiem.
— Bo jesteś pijany — odpowiedział sucho Gonzaga.
Wszyscy inni milczeli. W tym wesołym, bogatym w malowidła, światło i kwiaty pokoju, panował w tej chwili złowrogi nastrój.
Od czasu do czasu dolatywał z sąsiedniego salonu śmiech kobiet. Jeden tylko Gonzaga miał wysoko podniesione czoło i na ustach wesołość.