Strona:PL Feval - Garbus.djvu/85

Ta strona została przepisana.

Paryżanin zadrżał.
— Aaa! — powtórzył. — I dlaczegóż czekacie na pana Neversa?
— Z rozkazu pewnego szlachetnego pana...
Nie dokończył. Palce Lagardera ścisnęły mu rękę, jak żelazną obręczą.
— Zasadzka! — zakrzyknął. — I mnie to o tem mówisz!
— Chciałbym zrobić uwagę... — zaczął braciszek Paspoal.
— Milczeć hultaje! Zabraniam wam, słyszycie dobrze, prawda? Zabraniam wam dotknąć jednego włoska na głowie Neversa! Inaczej będziecie mieli ze mną do czynienia! Nevers do mnie należy; jeżeli ma zginąć, to zginie z mojej ręki w uczciwym boju! Ale z waszej, o nie!... Póki ja żyję!
Wyprostował się w całej wysokości. Należał do ludzi, których głos w gniewie nie drży ale brzmi jeszcze donośniej.
Zbirowie otaczali go srodze zakłopotani.
— Ach, więc to dlatego, — rzekł —chcieliście, abym was nauczył ciosu Neversa! I to ja... Karig!
Przywódca wolontaryuszów zbliżył się na rozkaz, a za nim postępowali jego ludzie, trzymając za uzdy konie, obarczone sianem.
— To hańba, — mówił dalej Lagarder — to hańba, że tacy ludzie dzielili się z nami winem!