Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.

Zdawało się, że czynią to przez delikatność, a była to zda się trwoga, aby nie ujrzeć nagle właściwych swych rusztowań.
Błędy i nałogi dzieci, jakkolwiek pod pokrywką grzecznego ułożenia schowane, istniały niemniej groźne i tragiczne. Nie poruszało się nigdy ich kwestyi, obchodziło się mimo tak, jak ich skrofuliczne tendencye organizmu...
— Tak — będzie najlepiej.
Zwolna wyjęczała dziewiąta na miejskich zegarach.
I znów — z wyżyny, pruć zaczął powietrze hejnał — nawoływał, jęczał, rozdzierał samotne serca, zatopione w sobie, albo we własnych wspomnieniach.
Przez myśl Tuśki przesunął się »mąż« — ten chudy, łysawy mężczyzna — drobny, grzeczny, niepozorny, który tak mało miejsca w domu i życiu zdawał się zajmować. — Od lat całych »nie widziała« go przed sobą. Był zawsze obok niej, nawet w chwilach zbliżenia. Nie przychodziło jej na myśl spojrzeć na niego, dopiero w chwili odjazdu spojrzała nań całemi oczyma.
Stał na peronie kolejowym, w swem zielonawem, wyszarzanem palcie. Wyszedł z biura, aby odprowadzić ją i Pitę. Wydał się jej dziwnie mizernym i postarzałym.
— Jedź, lecz się i uważaj na siebie! — mówił do niej, wychylonej przez okno wagonu.
Głos jego był matowy, ochrypły.
Patrzył na nią spłowiałemi oczyma, otoczonemi siatką zmarszczek, lecz zdawał się jej nie widzieć.
— A pisz!...
Chciała i ona coś mu powiedzieć, coś jakby serdecznego, nie mogła jednak naprędce znaleźć nic odpowiedniego.
— Gdyby jednak — zaczęła — to jedzenie w restauracyi nie służyło ci...
Lecz on uśmiechnął się blado.
— Ach, nie... — wyrzekł niedbale — nie pozwolę odejść kucharce, dopóki chłopców nie wyślę do Kalinówki. Będą jedli w domu. Zresztą to zaledwie tydzień.
— Ja też nie mówię o chłopcach, chodzi mi o ciebie...