Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/15

Ta strona została uwierzytelniona.

Tymczasem pani Tuśka zajęła miejsce w przedziale drugiej klasy.
Naprzeciw niej usiadła Pita, a ten sposób siadania elegancki, sztywny, drewniany, był całym poematem »ślicznie ułożonej dziewczynki«.
Wyjęła z kieszonki paltocika czyściuchną chusteczkę, rozłożyła ją na kolankach i białemi paluszkami zaczęła obierać pomarańcze.
Pani Tuśka patrzała chwilę na córkę.
Gdy nagle pociąg wyjechał na czyste pole w jasnem świetle, wypłynęła dokładnie gładziuchna, młodziutka twarzyczka dziewczynki.
Drobne usteczka zacięte, nikły prawie w żółtawo-białej cerze prerafaelowskiego aniołka, cieniuchne pasma wysilonych włosków bramowały czoło trochę podłużne, wypukłe.
Jasne rzęsy zakrywały oczy blado-błękitne, pocętkowane rudemi plamkami.
Całość dziewczynki była chłodna, zamknięta w sobie — silnie już indywidualna.
— Do kogo ona podobna? — myślała Tuśka. — Oczy moje... włosy niewiadomego koloru, twarz nadto ściągła.
Nagle dziecko rozłożyło na rączce obraną i podzieloną na ćwiarteczki pomarańczę i jakby różę krwawo-złocistą podało matce.
— Proszę... mamusiu — wyrzekła uprzejmie.
Uśmiech blady, zdawkowy, ten uśmiech, wyhodowany tam, na Wareckiej, jak kwiat cieplarniany, rozszerzył wązkie i tak specyalnie zaciśnięte usta dziewczynki.
— Proszę, mamusiu.
Tuśka machinalnie wzięła ćwiarteczkę owocu i jakby w zwierciedle na ustach swoich odbiła uśmiech córki.
— Dziękuję ci!
A równocześnie myślała:
— Ależ to jego uśmiech, to cały ojciec!
Nie widziała w tej chwili siebie i nie czuła zwierciadlanej dokładności, z jaką wyraz twarzy córki odbił się na jej własnej twarzy.