Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.

Dziecko miało oczy szeroko otwarte, lecz leżało nieruchome, jak woskowa laleczka.
— Dawno się obudziłaś? — zapytała Tuśka.
— Niedawno, mamusiu!
Tuśka chciała zapytać córkę, czy słyszała cokolwiek z tego, co zaszło, lecz wiedziała że dziecko wyślizgnie się jej grzecznie i nie powie prawdy.
— Śpij — proszę cię. Już późno.
— Dobrze, mamusiu!
Pita natychmiast zamknęła oczy i długie jasne rzęsy zapadły na śliczne szafirowe oczy.
Lecz wyraz twarzy dziecka, zwłaszcza kąciki jej bladych ustek, kryły w sobie jakiś zagadkowy, tajemniczy wyraz, który zniknąć nie chciał.
I Tuśka przed tym sfinksowym uśmieszkiem córki czuła się bezsilną, zmrożoną, bo tam był jakiś sąd, coś instynktem kierowanego, coś kiełkującego, z czego ani to anielskie dziecko, ani ona sama zdać sobie sprawy nie były w stanie.



III.

Dziesięć dni są tak same naprzeciw siebie w tej zakopiańskiej chałupie, pełnej nieokreślonej woni rannych smreków i wilgotnego gruzu.
Matka i córka błądzą wśród czterech ścian po japońsku złożonego pudełka, zastawionego sprzętami pościąganymi z żydowskiej tandety.
Na głównej ścianie rozległ się ciemno ceglastem cielskiem szesląg, »kanapa«, według słów wzdychającej gaździny, i ten szesląg jest już całym poematem nędzy miejskiej, zakurzonej i brudnej.
Dokoła niego tulą się zydle i stół, przystrojony nacięciami, mającemi przedstawiać »zdobnictwo ludowe«.
Łóżka żelazne, materace za krótkie, lub za szerokie,