Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/406

Ta strona została uwierzytelniona.

Herbata wypita z koniakiem, szynka zjedzona, bułki pogryzione i pożute, pudełko sardynek puste, słowem uczta w całej pełni. Co więcej, kiełbasa na patyku przypieczona nad ogniem, co już stanowi szczyt »taternictwa«.
Porzyckiego ogarnia teraz jakaś gorzka, ironiczna uprzejmość. Przesadza się w grzeczności dla Żebrowskiego. Podnieca się. Ironizuje wewnątrz po aktorsku.
— No, no — dalej — pielęgnuj swego poprzednika, ty, czuły następco!...
Podaje herbatę, wyskrobuje ostatnią sardynkę.
— Proszę, posil się pan, i to — i to...
Podnieca go ten stan coraz więcej, bo rzecz dziwna, pomimo jakiejś wzgardy, którą czuje dla Tuśki za to, że należała do tego »kretyna«, pożąda jej z ogromną siłą. I ta jasna blondynka z różowym, ślicznym karkiem, z oczyma błękitnemi, unosić się zaczyna w przestrzeni ciemnej, rozjaśnionej dziko płonącem ogniskiem, którego dym tańczy czarną chmurą na szarem tle skały.
Żebrowski z początku zaskoczony tą nadzwyczajną uprzejmością Porzyckiego, powoli, rozebrany ciepłem ogniska, wilgotnymi wyziewami, płynącymi od mchów i wykrotów, rozmarzony ciszą, przerywaną zaledwie szmerem szklanym sączącego się z rozpadlin potoczka i trzaskiem płonących gałęzi, zaczyna się poddawać nieznanej mu rozkoszy »nocowania w górach«.
Zapalił papierosa, przysunął się do ognia, bo noc chłodna, i mówi zuchowato:
— Ja się wcale nie boję.
Mimo to ogląda się jeszcze na boki, czy tam czasem się co z cienia nie wyłoni.
Porzycki usiadł opodal, na wywróconym pniu i myśli:
— Żeby zasnął... przestałby skrzeczeć!
Przy świetle tańczącem Żebrowski, skurczony, uśmiechnięty, wygląda na jakieś bardzo zmizerowane stworzenie, niepoczesne, zmarzłe.
— I to zabiera przecież miejsce na świecie — przebiega po umyśle Porzyckiego — i to rości sobie jeszcze prawo do niej, do takiej niej...