Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/44

Ta strona została uwierzytelniona.

I idą obie, jedna za drugą, mniejsza przodem, w jednakowych, narzuconych na plecy, granatowych żakiecikach o złotych guziczkach.
Idąc, patrzą ciągle w ziemię, ryją wzrokiem po chodniku, wybierając suchsze miejsca i chroniąc jasne buciki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nagle opalowe widmowe kontury gór obrysowały się złoto-purpurowym paskiem.
Jest to nadzwyczaj piękne, niewypowiedzianie piękne zjawisko i chwila to dziwna, uroczysta, jakby natura dyszała żarem swej drugiej doskonalszej, astralnej duszy.
I w takiej chwili już rozróżnić nie można, czy to odblask słonecznych, ostatnich blasków, czy to powstanie wypromieniowania własnego światła z łona ziemi, tak krwawo, tak ofiarnie, tak płomiennie znaczą się w przestworzu, świetlane linie gór.
Lecz idące dwie kobiety nie dostrzegają tych cudów, one idą jedna za drugą w swych granatowych żakiecikach i patrzą uważnie na dół, na ziemię, aby ocalić nowe, śliczne, popielate buciki.



V.

Doszły do domu, który, jak dziwne, żółte pudełko wdzięczył się z daleka kolorowemi szybkami werendki, osłonionej lasem maluchnych choinek.
W milczeniu przeszły po deseczce, rzuconej przez rowek, i skierowały się ku sieni.
Pierwsza weszła w głąb trochę ciemnawą Pita, lecz cofnęła się i stanęła u progu.
Delikatny rumieniec pokrył jej twarzyczkę.
Idąca za nią matka zatrzymała się zdziwiona.
— Dlaczego nie idziesz? — zapytała dziecka.
Lecz ona chwilowo zdawała się wahać z odpowiedzią.