Strona:PL Gabriela Zapolska - Sezonowa miłość.djvu/446

Ta strona została uwierzytelniona.

dzy blizkimi sobie, z którymi ona nie będzie miała nic wspólnego.
— Bo jeśli on mi nie pozwoli wstąpić na scenę...
I zaraz mignęło jej przez umysł:
— Jakie to wszystko straszne...
Wyjęczała znowu nad miastem godzina.
Która?
Tuśka nie wie. — Tuśka już nic nie wie. Tylko to, że jest sama, że jej źle, że omdlewa, że sił jej brak...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ciche kroki, jakby się ktoś skradał, ktoś, co chce przemknąć się niepostrzeżenie, uciec przed przeznaczeniem swojem.
Tuśka jednak kroki te słyszy. Depcą jej po sercu, tak są tchórzliwe i nieszczere. Ona wie, że to Porzycki powraca i lęka się obudzić ją i zobaczyć?
Dlaczego? Czyż teraz właśnie nie powinien już być ciągle razem? Czyż on nie powinien skwapliwie rzucić się do tych chwil wolnych, nie skrępowanych objawów miłośnych, do których oboje tak dążyli?
I wobec tych kroków cichych, obłudnych, Tuśkę przejmuje nagła szalona trwoga. Sama nie wie, co się z nią dzieje, ale czarna przestrzeń krakowskiego Rynku wypełnia się przed jej wzrokiem, jakby ognistemi plamami.
Krwawe są one, potężnieją, zlewają się w płachtę purpury, po której migają złote zygzaki. To pierwsze objawienie uderza w nią z taką siłą, iż porywa się i cofa od okna blada, drżąca, chwiejna...
— Co? co?... — bełkoce cicho, nie wiedząc, gdzie jest i kim jest właściwie.
Tam na kurytarzu cichy chrzęst klucza, drzwi numeru, zajmowanego przez Porzyckiego, otwierają się, potem zamykają, i zapada cisza.
Tuśce zdaje się, że nagle ona w swych dłoniach trzyma jakieś struny, na których w tej czerwonej powodzi wibrują serca całej grupy ludzi. Struny oplątały się koło