Strona:PL Gabriela Zapolska - Utwory dramatyczne T. IV.djvu/176

Ta strona została przepisana.
PANNA MANIA.

Ni... to nie moja zasługa. Ja taka już byłam od małego — jakem koszulę w zębach nosiła. To mówili, że u mnie takie rysie oko. Ja widzę, że pan profesor w tę bożą wigilję zasumowany. A to się nie godzi. Ta to dziś takie święto, że no... bydło z przeproszeniem podobno gada, i wszystko się przy tych strucelkach raduje. U nas w Żółkwi to aż ha... Oficerowie dziś szablami po oknach z uciechy tak trr. tr... Hi! hi!...

(zmienia ton).

Ja tak umyślnie o tem i o owem żarty, żeby się pan dobrodziej choć troszkę roześmiał. Jakże tak?... ja nawet taki mały prezencik przyniosłam.

MĄŻ
(patrzy zdziwiony).

No?

PANNA MANIA.

No — ja wiem — pani dobrodziejka mówiła mi wczoraj, że nie będzie żadnych prezentów, niby dlatego, że przeszłego roku państwo się podarli przy gwiazdce — ale — ode mnie — z dobrego serca pan dobrodziej weźmie...

(wyciąga nieśmiało paczkę owiniętą w papier).
MĄŻ.

Ależ... skądże...

PANNA MANIA.

Ja proszę... nie odmawiać... Cóż ja... biedna