Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/166

Ta strona została przepisana.

Usłyszawszy, że kapitan straży zapytuje, do kogo przedmioty te należą, wystąpił naprzód i rzekł ze śmiechem:
— Rzeczy te są moją własnością i sprzedawać ich nie chcę. Skoro się jednak wam tak podobały, dam wam je chętnie w upominku.
Sicurano widząc, że kupiec się śmieje, zatrwożył się na myśl, że to może ktoś z dawnych jego znajomych, jednakże, nie tracąc rezonu, rzekł:
— Śmiejesz się zapewne z tego, że człek wojskowy pyta się o takie szmatki?
Nie, panie — odparł Sicurano — śmieję się jeno, przypominając sobie, jakim sposobem do posiadania tych przedmiotów przyszedłem.
— Powiedz mi więc — rzekł Sicurano — jeśli w tem żadnej tajności niema, jak je zdobyłeś?
— Dała mi je, panie, wraz z innemi przedmiotami pewna piękna białogłowa z Genui, zwana madonna Ginebra, żona Bernaba Zomellin, owej nocy, gdy z nią spałem, prosząc, abym je na pamiątkę zachował.
Śmieję się zaś, wspominając głupotę Bernaba, który wstąpił w zakład ze mną, stawiając pięć tysięcy florenów przeciwko memu tysiącowi, że jego żona nie da mi się do żadnego plugastwa nakłonić. Udało mi się jednak opór jej przełamać, przez co zakład wygrałem. On zasię, miast sam siebie raczej za swoją głupotę ukarać, niż ją za to, co wszystkie kobiety czynią, udał się z Paryża do Genui i, jak słyszałem, zabić ją kazał.
Sicurano, usłyszawszy to, poznał odrazu, jaka była przyczyna gniewu Bernaba, i zrozumiał, że ów człek był powodem wszystkich jego nieszczęść. Postanowił więc zbrodni tej płazem nie puścić i udał, że cała ta historja wielce go ciekawi. W krótkim czasie zawiązał z Ambrogiuolem tak ciasną przyjaźń, że ów za jego radą, gdy się już jarmark skończył, do Aleksandrji się udał. Sicurano pomógł mu zacząć handel, dał mu wiele pieniędzy do ręki, tak iż Ambrogiuolo, widząc znaczne dla siebie korzyści, ochotnie tam się osiedlił. Tymczasem Sicurano, zajęty jedynie myślą przekonania Bernaba o niewinności swojej, nie spoczął, dopóki przy pomocy kilku genueńskich kupców, którzy w Aleksandrji bawili, do tego miasta go nie ściągnął. Bernabo żył wówczas w nędznym stanie.
Sicurano zatroskał się o to, aby pomieścić go w domu pewnego swego przyjaciela, gdzie miał przebywać aż do czasu uskutecznienia się jego zamysłów. Powiódł rzeczy tym trybem, że Ambrogiuolo powtórzył swoją opowieść przed sułtanem, któremu ona wielce do smaku przypadła. Mając jednak Bernaba pod ręką, Sicurano uznał, że nie trza już sprawy w odwłokę podawać; wy-