Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/333

Ta strona została uwierzytelniona.
ROZDZIAŁ  L.


W trzy tygodnie później stanął pan Nowowiejski w Chreptiowie. Drogę z Raszkowa odbywał dlatego tak długo, że częstokroć jeszcze przeprawiał się na drugą stronę Dniestru, podchodząc czambuły i perkułabskich ludzi wzdłuż rzeki, po różnych stannicach stojących. Ci opowiadali potem nadciągającym sułtańskim wojskom, że wszędzie widzieli polskie oddziały, a słyszeli o wielkich wojskach, które pewnie, nie czekając na przybycie Turków pod Kamieniec, same drogę im zaskoczą i w walnej bitwie się z nimi zmierzą.
Sułtan, którego zapewniano o bezsilności Rzeczypospolitej, bardzo się zdumiewał i wysyłając naprzód Lipków, Wołoszę i naddunajskie ordy, sam posuwał się powoli naprzód, bo pomimo swej niezmiernej potęgi, bitwy z regularnemi wojskami Rzeczypospolitej wielce się obawiał.
W Chreptiowie nie zastał pan Nowowiejski Wołodyjowskiego, gdyż mały rycerz pociągnął za panem Motowidłą do pana podlaskiego przeciw krymskiej ordzie i Doroszence. Tam, nową sławę do dawnej dodając, wielkich przewag dokonał: srogiego Korpana rozgromił i ciało jego na pastwę zwierza w Dzikiem Polu zostawił; toż groźnego Drozda rozgromił, toż mężnego Małyszkę, toż dwóch braci Sinych, słynnych kozackich zagończyków, toż wiele pomniejszych watach i czambułów.
Pani Wołodyjowska zaś, w chwili przybycia Nowowiejskiego, zbierała się właśnie z resztą ludzi i taborem do Kamieńca, bo Chreptiów trzeba już było wobec nawałności zostawić. Z żalem wyjeżdżała pani Wołodyjowska z tej drewnianej fortalicyi, w której licznych wprawdzie przygód doznała, ale w której najszczęśliwsza pora jej życia spłynęła — przy mężu, wśród sławnych żołnierzy i wśród serc kochających. Teraz, na własną prośbę, miała wyjechać do Kamieńca, na nieznane losy i niebezpieczeństwa, jakiemi oblężenie groziło.
Lecz serce mężne mając, nie poddawała się żalowi, natomiast pilnie doglądała przygotowań, czuwając nad żołnierzami i taborem. Pomagali jej w tem pan Zagłoba, który w każdej przygodzie rozumem wszystkich przenosił, oraz pan Muszalski, łucznik niezrównany, a przytem żołnierz dzielnej ręki i niepomiernego doświadczenia.
Wielce się oni wszyscy przybyciem pana Nowowiejskiego ucieszyli, choć zaraz z twarzy młodego rycerza poznali, że ni Ewki, ni słodkiej Zosi z niewoli pogańskiej wydobyć nie zdołał. Łzami też rzewnemi Basia losy obudwóch panien oblała, bo już je za stracone należało uważać. Sprzedane niewiadomo komu, mogły ze stambulskiego rynku być uwiezione do Azyi Mniejszej, na wyspy pod rządem tureckim będące, albo do Egiptu i tam w haremach zamkniętych trzymane. A wobec tego nietylko ich wykupić, ale dopytać się o nie było niepodobieństwem.