Strona:PL Homer - Odysseja (Siemieński).djvu/168

Ta strona została uwierzytelniona.

Mimo to, tęsknię do niej; tęsknię coraz więcej,
Aby się dnia powrotu doczekać najprędzej;
Choćby mię znów Bóg jaki pogrążył w bałwany,
Zniosę mężnie — w cierpieniach jam wypróbowany.
Tylem już przebył, takie przechodził katusze,
Na wojnie i na morzu — że i to znieść muszę!«

Rzekłszy to — zaszło słońce i nastał mrok szary.
Oboje pod sklepienia weszli tej pieczary,
Roskoszując miłością spali obok siebie.

Lecz gdy różana Eos błysnęła na niebie,
Odys w chlenę i chiton odział się, a ona
Także wstała, w fałdzistą szatę obleczona
Z lśniącej tkanki; więc biodra ująwszy w pas złoty,
Pod namiotką ukryła włosów bujne sploty —
I myśli, jak Odyssa wyprawić na morze.
Jakoż dała mu topór; ostrze w tym toporze
Podwójne, a spiżowe; mocna w nim osada,
Gładkim trzonem oliwnym ręka dobrze włada;
Dodała i siekierę; więc spiesznemi kroki
Wiodła go na kraj wyspy, kędy bór wysoki
Sokorów, olch i jodeł z wyniosłemi szczyty,
Daje towar wyschnięty, na łódź wyśmienity.
A wskazawszy mu miejsce, kędy był las stary,
Powróciła Kalipso do swojej pieczary.

I Odys ścinał drzewa — praca szła mu sporo;
Dwadzieścia zwalił; topór gałęzie ciął z korą,