Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.
KOCIUBA (do Rózi, która wykręciła się z nim taksamo).

Panienko! a to do czego!

RÓZIA.

Tak jestem kontenta... przecie raz już ustaną te ciągłe szlochy, które mi spać nie dawały po nocach, chociaż niby kryła się z niemi przedemną... ale ja widziałam i słyszałam.

DOROTA.

Bo to wszystko przez plotki tych najukochańszych przyjaciółek... Że nie poszczęściło się jednej i drugiej złowić dla siebie pana Tolickiego, to nie mogły darować Karolci, że im go zabiera z przed nosa, i przewracały jej w głowie, wygadując na niego niestworzone rzeczy... co się tu dziwić, że się biedactwo gryzło.

RÓZIA.

E! grymasy chyba. Przecie odrazu było widoczną rzeczą, że się rozkochał na śmierć... Ot i teraz, przy oświadczynach, kiedy wszyscy rozczulali się, moja kochana siostrzyczka zrobiła minę taką jakąś nijaką, jak gdyby chciała powiedzieć: cóż mi tam z tego! Ciekawam bardzo, po co te komedye, skoro go kocha, bo wiem o tem bardzo dobrze... chybaby się bała, żeby tego nie spostrzegł... ale cóżby to szkodziło? niema czego się wstydzić. (trzpiotowato) Jak babcię kocham, zdaje mi się, że gdyby mnie taki ładny i przyzwoity chłopiec oświadczył się, nie uważałabym na nic, tylko skoczyłabym mu na szyję i wyściskała bez ceremonii.

KOCIUBA.

A to kto widział!... panience... tfy!

RÓZIA.

Jest! stary mantyka... tylko nie powtórzcież tego co powiedziałam, na miłość Boską, szczególniej przed ciocią... bo już i tak mam zawsze co słuchać.