Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/15

Ta strona została uwierzytelniona.
RADOMIR (siadając w fotelu przy stoliku).

Kawa kawą, ale swoją drogą dajcie... panie dobrodzieju... wina.

KOCIUBA (patrząc na Izydorę).

Wina?

IZYDORA (prędko na stronie do Kociuby, dając mu klucz).

Jest tam jeszcze jedna butelka w drugiej piwnicy, schowana we framużce za słoikami, rozumiesz?

KOCIUBA

Przynieść ją?

IZYDORA.

No, naturalnie... Czy nie słyszałeś, co starszy pan powiedział.

KOCIUBA.

To już ostatnia.

IZYDORA.

Ach; jakiżeś nudny... idź!

DOROTA.

A ja pójdę tymczasem po kawę (wychodzi z mężem na prawo).

RADOMIR.

Musimy przecie, panie dobrodzieju, uczcić ten wypadek, wypić zdrowie narzeczonej pary.

RADOMIROWA (którą Stefan posadził w drugim fotelu).

Żebyś sobie tylko nie zaszkodził, kochanku.

RADOMIR.

Jejmość chcesz mnie gwałtem wziąć w kuratelę (rozpierając się w fotelu). Mój nieboszczyk dziad, brygadyer Ra-