Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/16

Ta strona została uwierzytelniona.

domir, miał lat wtenczas, panie dobrodzieju, jak mnie mój ojciec odwoził do wojska... bo byliśmy obydwa czynni, tylko że ojciec jako już wtenczas dymissyonowany kapitan, był przeznaczony na komendanta placu... w tem... jakże się nazywa... bodajże cię...

RÓZIA (która uklękła przy nim, słuchając).

W Radomiu.

RADOMIR.

Aha! w Radomiu... a ja poszedłem do piątego pułku, co był świeżo wysztyftowany... więc, czekajcież, ja miałem, panie dobrodzieju, wtenczas 22, a dziadek był o 60 lat odemnie starszy, to miał przeszło 80... a ja teraz mam... (do Izydory) ciotko, ileto ja mam lat?

IZYDORA (nalewając kawę, którą przyniosła Dorota).

Jegomość zacznie dopiero 73ci.

RADOMIR.

No, to widzicie... on miał 82, a byłby przez kamienicę przeskoczył... (pije kawę).

RÓZIA.

Co też to dziadzio mówi...

RADOMIR.

Jak cię kocham... to tacy ludzie dawniej byli, panie dobrodzieju.

RÓZIA.

A to ładnie mnie dziadzio kocha.

RADOMIR.

No? jakto?... a!... widzicie ją... będzie mnie łapać za słówka... że jaśnie pani, to myśli, że już jej wszystko wolno.