Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/19

Ta strona została uwierzytelniona.
RADOMIROWA (na stronie patrząc na męża).

Może Bóg da, że zapomni o jutrzejszej rocznicy.

RADOMIR.

Dajcież (bierze kieliszek i zamyśla się; po chwili). Panie Stefanie... (Stefan się przybliża; po chwili) dawniej w tym dziś ubogim domku, kwitła, panie dobrodzieju, zamożność... i szczęście rodzinne... było błogosławieństwo Boskie....

RADOMIROWA.

W które i teraz ufamy... nie godzi nam się skarżyć i wątpić w Opatrzność.

RADOMIR.

Kiedy mi jejmość przerywasz, a właśnie to chciałem powiedzieć (po chwili). Bóg nas doświadczył ciężko, ale dowód błogosławieństwa Jego pozostał nam w tych dwóch dzieweczkach... jestto cały nasz skarb, którego połowę oddajemy tobie. Wszak go będziesz, panie dobrodzieju, szanował i strzegł jak oka w głowie?

STEFAN (z zapałem, całując go w ramię).

Panie poruczniku, gdyby nadzieja otrzymania ręki panny Karoliny nie była dla mnie najwyższem szczęściem, czyżbym ubiegał się o jej ziszczenie tak usilnie?

IZYDORA.

No, i bezinteresownie, to musimy panu przyznać.

STEFAN.

Więc już z tego samego powodu powinniście państwo być spokojni o przyszłość panny Karoliny (całuje Karolinę w rękę).

RADOMIR.

Zatem piję za pomyślność waszą! (upija trochę z kieliszka) Co to za wino? (wącha i upija jeszcze) Zdaje mi się,