Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/29

Ta strona została uwierzytelniona.
BRUNON (śmiejąc się).

A! małego śpika?... istotnie, to bardzo zdrowo... no, ale panienka?

KOCIUBA.

Która, proszę jaśnie pana?

BRUNON.

Więc ich tu jest więcej, niż jedna?

KOCIUBA.

Panienek? aż trzy, proszę jaśnie pana.

BRUNON.

O!... nie wiedziałem... i to wszystko śpi sobie także?

KOCIUBA.

E! gdzieżby znowu...

BRUNON.

Więc możebym mógł widzieć się chociaż z panienkami?

KOCIUBA.

Bo ja wiem? (miarkując się) tylko że to dziś tak jakoś parno, ma się na deszcz, to może i one się pospały.

BRUNON.

No, to dowiedz się z łaski swojej.

KOCIUBA (na stronie).

Hm, hm, hm!... (wychodzi na lewo).

BRUNON (do siebie).

Ciekawe rzeczy... ha, ha, ha, wyobrażam sobie, jaki popłoch sprawi wiadomość o moich odwiedzinach... (idąc na