Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/49

Ta strona została uwierzytelniona.
IZYDORA (j. w.).

Trzeba być ostrożnym.

RADOMIR.

Ostrożnym?... wy ze mną jak z dzieckiem; myślicie, że już kroku zrobić nie potrafię bez czyjej pomocy (Izydora rusza niecierpliwie ramionami).

BRUNON.

Niechże pani dobrodziejka raczy przedstawić mnie dziaduniowi.

IZYDORA (przedstawiając).

Pan hrabia Ściborzycki... krewny pana Stefana.

RADOMIR.

A witajże nam, witaj, nowy sąsiedzie. (Brunon całuje go w ramię) Dziadka nieboszczyka znałem, panie dobrodzieju, bardzo dobrze... chociaż przerwały się nasze stosunki, gdy po trzydziestym pierwszym zamieszkał w Poznańskiem... No, siadajże pan.

IZYDORA (na stronie).

Muszę sprowadzić tamtych, żeby się starowina nie wygadał z czem niepotrzebnem (odchodzi na lewo).

BRUNON.

A! panowieście się znali?

RADOMIR.

Nawet byliśmy kiedyś w wielkiej przyjaźni, zwyczajnie, zażyłość obozowa.

BRUNON.

Pan dobrodziej służył także?