Strona:PL Józef Bliziński - Dzika różyczka.djvu/50

Ta strona została uwierzytelniona.
RADOMIR.

Służył, służył, paniczu... dziwna rzecz, że się pytasz o to, widząc mój wiek... urodziłem się, panie dobrodzieju, w roku... w roku... w którymże u diaska — ciotko! (ogląda się) a! wyszła... no, dosyć, że w 31-ym miałem z górą dwadzieścia lat, to dosyć powiedzieć..

BRUNON.

Pokolenie bohaterów!

RADOMIR (ożywiając się coraz więcej).

Bohaterów rodzą czasy... każdy prawy syn ojczyzny nosi w sobie iskrę, którą trzeba tylko wykrzesać, bo tam tli bez przerwy... Zrobiło się swoje... taksamo, jak i wy zrobicie, gdy was powołają... Wszak czujesz tam gdzieś w sobie taką iskrę... ha? nie wstydź się tego... bo to wy teraz udajecie ludzi niby praktycznych, trzeźwo patrzących, dla których poświęcenie, ofiara jest rzeczą nie opłacającą się, głupstwem wierutnem... ale to nieprawda! bajki... Wmawiacie w siebie i w drugich... bo gdy się zapuka do waszych serc, zrzucicie z siebie tę skórę, która inaczejby was parzyła... ha? co mówisz...

BRUNON.

Nic... (całuje go w ramię) słucham tylko słów pańskich ze czcią religijną.

RADOMIR.

Tak, tak... wolno się czasem przedrzemać... ale obudzić się kiedyś trzeba... to mus!... (patrząc naokoło siebie) Kociuba!

BRUNON.

Pan dobrodziej woła kogoś?