Strona:PL Józef Bliziński - Marcowy kawaler.djvu/48

Ta strona została uwierzytelniona.
Pawłowa.

Toć... taki, do niczego... ino tym jego córuchnom byłam na zawalisku... wszystkie trzy takie tarachy, trzepaki, cud boski wyrabiały, jaż mi się nieraz w głowie kołowrociło — a najbarzéj najstarsza, niezawarte piekło z nią miałam... silna zapieka, a nygus! za gruby koniec nie wzięła, ino letki chlibek jéj pachniał... Co dzień, bywało, wybryńduje się, ustroi, dwie watówki wetknie na się, żeby była rzęsita, i daléj do karczmy — po całych dniach się wałęzgała — a na mnie bij zabij, jak to bywa, że kto sam w piecu léga, to kogo ożogiem sięga.

Heljodor (j. w. n. s.)

A to skarbnica nie wyczerpana.

Pawłowa.

Cóż! ja tam panu tak tylko z trzeciego powiedam, ale żebym tak wszystko popowiedała...

Heljodor.

Mówcie, mówcie, moja Pawłowa... tak dobrze mówicie...

Pawłowa.

Nie mówię, ino powiedam... mówić, to, o co komu... jak to pan zaraz przekrętnie powié...