Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/117

Ta strona została uwierzytelniona.

rzach wzrokiem.... — Ah! Ah! co poetów w Rzymie... mnie nie licząc! — I rozśmiał się dziko.
Ta komedya, odegrana zręcznie, wyczerpała w końcu siły, ruszył się nagle odpychając Hypathosa, ruchem gwałtownym zrywając z siedzenia.... Ręka jego znak dała tylko, a biesiadnicy rozproszyli się wszyscy, prócz Cajusa, który zrozumiał, że mu kazano pozostać.
— Podli! — rzekł po cichu Tyberyusz — milczą! Gniotę ich, zabijam, męczę, szydzę i nikt nie śmie wydać jęku, wyrzec słowa, a podrzucają mi karty w nocy i czyhają z nożami.... Nie! to już nie są Rzymianie, Cajusie! nie! dla nich potrzeba jarzma niewoli i kar jeszcze straszniejszych! Głupcy! jakby mi ich słowa bolały?...
Priscus i ty, dójść powinniście, kto tę ramotę podrzucił.... I tu więc nawet, w Caprei mojéj knują zdradę przeciwko ojcu ojczyzny... tu, gdziem tylko dopuścił wybranych. To jakiś Sejanowy gaszek... chciał mnie przebić tą iglicą! Ale mu się nie udało....

quia jam....

nieszczęśliwe!!