Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/188

Ta strona została uwierzytelniona.


wpływu jednak nie miał wielkiego; surowsi zarzucali mu dawniejszą jego mądrość grecką, wolniejsi to, że się jeszcze trzymał zakonu.
Blizkość obozu pretoryanów, do którego Macron, stosunki sobie potajemne zawięzując, od dawna uczęszczał, sprawiła, że raniony raz spadnięciem z konia dowódzca poznał starca, którego sprowadzono dla opatrzenia skaleczenia. Spokój jego, wyryta na twarzy moc ducha, bezinteresowność i odwaga, zastanowiły Naeviusa.
Nie wiedzieć potém zkąd, po rozmowie z Caligulą, przyszedł mu na myśl Judejczyk i postanowił namówić Tyberyusza, aby go sprowadzić pozwolił jako lekarza, knując może coś więcéj, gdy leki zręczność nastręczą.
Tegoż dnia starał się docisnąć do Cezara (który siedział zamknięty i jadł nawet osobno) pod pozorem pieczołowitości o jego zdrowie, probując zachęcić, aby nowego jakiego lekarza z Rzymu przywieść dozwolił.
Tyberyusz spójrzał tylko, potrząsł głową i uśmiechnął się tak, że Macron poczuł krew stygnącą w żyłach.
— Nie potrzeba mi waszych lekarzy! — rzekł — nic mi nie trzeba! spokoju, siły tylko... a tych nikt z was nie da!
Drugi raz nalegać nie śmiał; Cezar zbył go milczeniem, dostał kartek na których pisał, i po-