Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom II.djvu/050

Ta strona została uwierzytelniona.


mię, która się im ukazała tak piękną i jaśniejącą, jak jéj nigdy nie widzieli.
W dali widać było z pagórka na którym spoczywali, resztki nocnych szałów Cezara; dymiące stosy, które świeciły w nocy, i po zatoce pływające z falą zsiniałe trupy ludzkie, kawały drzewa, resztki bankietu w kupę śmieci zbite, zeschłe wieńce wczorajsze, podarte szat szmaty, zerwane powrozy, liście kwiatów i naczyń stłuczonych skorupy. Cisza nie przerwana niczém panowała nad cudném wybrzeżem Campanii, dla któréj razem ze słońcem dzisiejszém wschodził piérwszy dzień zbawienia.
Na drodze ku miastu już się tłoczyły tłumy pracowite, przechodząc jaskinię wraz z trzodami napełniającemi ją rykiem i pyłem....
Asprenus głęboko był pogrążony, wreszcie przykląkł przed podróżnemi, prosząc ich raz jeszcze, by u niego przyjęli gościnę.
— Chybabyście i nam nieznajomym, odprowadzić do siebie tego świętego człowieka dozwolili — rzekł Helios — bo jakże z nim rozstać się możemy?
— Chodźcie wszyscy — zawołał Grek żywo — rad wam będę i otworzę wrota; nie mam ja wymyślnego przyjęcia, ani dostatków wielkich, ale ubogim chlebem z serca się podzielę.
Milczący prawie przeszli pieczarę i znalazłszy się w drugim jéj końcu, gdy znowu ujrzeli światło dzienne, Asprenus przodem poszedł, wiodąc ich przez